STEFAN OTWINOWSKI (1910-1976)

Całe dorosłe życie spędził w Krakowie, całe dorosłe życie związał z krakowskim życiem literackim w sensie dosłownym i „Życiem Literackim”, które współtworzył i współredagował. Kochał stare, maleńkie apteki, prowincjonalne miasteczka i często mawiał: „U nas, w Kaliszu”, choć to „u nas” trwało zaledwie pięć lat.

JÓZEF BUJNOWSKI (1910-2001)

Miał 22 lata, gdy w założonej przez siebie „Smudze”, periodyku studenckim Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie debiutował artykułem o tytule „Problem motywu”. Doktorat Józef Bujnowski uzyskał w pamiętnym roku 1956. Praca napisana pod kierunkiem profesorów Manfreda Kridla i Zygmunta Lubicz Zaleskiego dotyczyła kompozycji utworów dramatycznych Stanisława Wyspiańskiego.

ŁUCJA PINCZEWSKA-GLIKSMAN (1913-2002)

Łucja Gliksman nosi w sobie całą nowoczesną tradycję wiersza polskiego, od Mickiewicza i Ujejskiego poczynając, na Kasprowiczu zaś i szczególnie ulubionym Tuwimie kończąc. Jej utwory są precyzyjnie przemyślane i sugestywnie zrobione (...)

BEATA OBERTYŃSKA (1898-1980)

Kameleon? Lwowskie dzieciństwo i młodość przetykane rodzinnymi wyjazdami Maryli i Wacława Wolskich do Portugalii, Włoch i Francji. Jak podaje biograf, „w 1933 roku zdała egzamin w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i do 1937 występowała w Teatrach Miejskich we Lwowie”.

SEZON PIERWSZY: PODSUMOWANIE

Pierwszy sezon zostanie zapamiętany jako wyjątkowy jeszcze z jednego powodu: przyniósł ze sobą wyjątkowe wydania dzieł dwóch autorek ocalające ich spuściznę twórczą. Pierwszym z nich były „Listy do Seweryna” Wandy Karczewskiej, drugim – „Drzwi otwarte na nicość” Melanii Fogelbaum.

ANDRZEJ KRZYSZTOF WAŚKIEWICZ (1941-2012)

Można powiedzieć, że w trzech dekadach (1960-1980) AKW, przy współudziale Jerzego Leszina-Koperskiego, okazał się jednym z najbardziej efektywnych animatorów, kronikarzy i interpretatorów kultury studenckiej oraz młodej polskiej poezji – w jej kolejnych, wstępujących rocznikach. Był Henrykiem Berezą nowej liryki.

WINCENTY RÓŻAŃSKI (1938-2009)

Różański - poeta prowincji jak Mickiewicz, Miłosz, mówiący, wprost, ale nie na tyle, aby czytelnik wychodził z jego wierszy z niczym, przeciwnie, mimo klarownego języka jest w tej poezji podskórna tkanka wymagająca odrębnej interpretacji, wysiłku erudyty, znawcy artyzmu znajomości ukrytego pędzla, którym posługuje się poeta.

RYSZARD BRUNO-MILCZEWSKI (1940-1979)

Przypadek Ryszarda Milczewskiego-Bruna nie byłby tak wyrazisty i przejmujący, gdyby nie jego osobny talent językowy. On myślał i czuł językiem osobnym, umiał dla swojej ekspresji znaleźć nowy wyraz, intuicyjnie odnaleziony w potarganej strukturze języka, którą my ulizujemy w naszym ulizanym życiu.

KAZIMIERZ FURMAN (1949-2009)

Ostatni tom "Brzemię" stanowi szczere podsumowanie życia poety. „To gorzka książka – wyznaje w końcu Furman – leżała w szufladzie trzy lata. Grzebałem co jakiś czas w niej, dodawałem, aż wydałem. To wybór z kilkudziesięciu lat. Jest tam jakiś rachunek sumienia, jest wadzenie się z Bogiem (Słowacki mnie podpuścił).

WANDA KARCZEWSKA (1913-1995)

Trudno sprecyzować, w którym momencie uznano pisarkę za „plebejskiego astrologa” – jak Stanisława Swena Czachorowskiego określił niegdyś Jan Marx – sytuując jej dzieła w grupie utworów sprowincjonalizowanych, hermetycznych i kobiecych.

STANISŁAW SWEN CZACHOROWSKI (1920-1994)

Nie mam własnego mitu – zdradzał Czachorowski i niemal natychmiast tłumaczył – samokrytyka: jest współczynnikiem talentu. Wartość jej występuje proporcjonalnie do wartości innych składników – inteligencji, wynalazczości, wrażliwości, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi.

ANDRZEJ BABIŃSKI (1938-1984)

Poeta tragicznego ładu, utalentowany, stłamszony przez własną niedoskonałość, gotujący się na śmierć, zmierzający ku niej świadomie. Tu i ówdzie czytam podobne wywody, zasłyszane, przeinaczane, deformowane na pożytek mitu, sensacji i poczytności periodyku, portalu internetowego. Mit Babińskiego oscyluje pomiędzy prawdą i nieprawdą.

JANUSZ ŻERNICKI (1931-2001)

„Rozpoczynałem jako belfer na warmińskiej wiosce” – wyjaśnia Marxowi poeta i dołącza – „Byłem też rybakiem, aż do połamania ręki”. I niech to wystarczy za prowizoryczne usprawiedliwienie: „Urodziłem się w miasteczku Ciechocinek na Kujawach. Wielokrotnie próbowałem stąd uciekać.

MELANIA FOGELBAUM (1911-1944)

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że straciliśmy poetkę o ogromnym talencie, oryginalną i wciąż wartą upowszechnienia. Jedną z tych nielicznych w owych czasach, która przynależąc do swojej diaspory, pisała swoje wiersze po polsku.

ZUZANNA GINCZANKA (1917-1944)

Czy rosną jakieś kwiaty na bezimiennym grobie Zuzanny, rozstrzelanej tylko dlatego, że należała do rasy hebrajskiej? Nie uczyniono dla niej, dla jej młodości, urody i poezji żadnego wyjątku. Niekiedy zastanawiam się, o czym mógł myśleć, jeżeli w ogóle myśleć był w stanie, ów germański knecht, gdy wpakował kilka kul z rozpylacza w piękne ciało Zuzanny?

ZYGMUNT JAN RUMEL (1915-1943)

Wstawał bardzo wcześnie, o piątej rano. Były to jedyne godziny przeznaczone na pisanie – oczywiście jeżeli mógł pozostać w domu”. W styczniu 1943 roku Rumel został obwołany Komendantem Okręgu VIII (Wołyń), w którym miał organizować emisariat z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA) i partyzanckie oddziały samoobrony.

STEFAN NAPIERSKI (1899-1940)

W środowisku literackim znany był jako Marek Eiger. Rozstrzelano go w Palmirach – Seweryn Pollak i Jerzy Andrzejewski zaświadczali niemal jednym głosem: krzyczał w „budzie” dojeżdżającej na miejsce egzekucji. „Nie mogę go sobie wyobrazić w więzieniu na Pawiaku”, dodawał ten pierwszy.

ARNOLD SŁUCKI (1920-1972)

„Wydawał się trochę szaleńcem – przyznawał z zażenowaniem Bocheński – w środowisku literackim przezwano go niemal od razu prorokiem. Był samą żarliwością i chodzącym natchnieniem. Choć zapalczywy i nieprzejednany, nie był jednak w tamtych groźnych czasach niebezpieczny, a przecież mógł być”

środa, 5 września 2012

Zuzanna Ginczanka (1917-1944)

Portret Z. Ginczanki
Beata Jakimiak-Rychlicka
JAKŻE SIĘ ŚWIATU CAŁA OPOWIEM?

Izabela Fietkiewicz-Paszek
         „Czy rosną jakieś kwiaty na bezimiennym grobie Zuzanny, rozstrzelanej tylko dlatego, że należała do rasy hebrajskiej? Nie uczyniono dla niej, dla jej młodości, urody i poezji żadnego wyjątku. Niekiedy zastanawiam się, o czym mógł myśleć, jeżeli w ogóle myśleć był w stanie, ów germański knecht, gdy wpakował kilka kul z rozpylacza w piękne ciało Zuzanny? Czy była dla niego tylko Żydówką, którą z racji jej pochodzenia należało zlikwidować, czy żywym człowiekiem, którego jedyną winą była rasa, skazana na zgubę? Czy jej morderca żyje jeszcze i czy zdaje sobie sprawę z tego, co uczynił? Zuzanna Ginczanka – <<tragiczna gawęda>>, jak wspomnienie o niej określił także już nieżyjący Jan Śpiewak! Więc oto kilkanaście wierszy, pisanych o niej w różnych okresach, a zawsze tak, jak gdyby żyła i miała znowu zapytać, niczym przed przeszło czterdziestu laty: <<Słuchaj, ty, zdaje się, chcesz mnie uwieść>>…” Tak Józef Łobodowski kończy wstęp do zbioru wierszy pt. Pamięci Sulamity, zbioru w całości poświęconego Zuzannie Ginczance i będącego dowodem wielkiej fascynacji Saną, legendą przedwojennej Warszawy. Nie on jeden zresztą jej uległ, nie on jeden też nosił w sobie pamięć i żal po jednej z najzdolniejszych poetek dwudziestolecia międzywojennego, niedocenionej w pełni ani za życia, ani po śmierci, „żydowskiej gazeli”, „Gwieździe Syjonu”, która – można powiedzieć – za swoją niezwykłą urodę zapłaciła życiem.
      Zuzanna Ginczanka (właściwie Sara Polina Gincburg) urodziła się w 1917 w Kijowie, w mieszczańskiej rodzinie zasymilowanych Żydów. Dzieciństwo spędziła w Równem na Wołyniu; ukończyła polskojęzyczne gimnazjum (samodzielnie nauczyła się języka polskiego, w rodzinie mówiło się po rosyjsku) i wcześnie zdecydowała, że zostanie polską poetką: debiutowała w 1931 wierszem Uczta wakacyjna w gazetce gimnazjum w Równem. W 1934 jej Gramatyka została wyróżniona na Turnieju Młodych Poetów ogłoszonym przez „Wiadomości Literackie”. W jury konkursu zasiadł Julian Tuwim, który szybko dostrzegł wielki talent Zuzanny i wspierał ją w poetyckich poczynaniach. Gdy po maturze podjęła w Warszawie studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego, jak wspominał Łobodowski, „nie musiała szukać dróg, by dostać się do <<Wiadomości Literackich>> i <<Skamandra>>”. Od 1936 współpracowała z tygodnikiem satyrycznym „Szpilki” (to dzięki redakcyjnemu koledze ze „Szpilek”, Erykowi Lipińskiemu, wiersze Ginczanki przetrwały wojnę), pisywała w nim cięte satyry, początkowo jako głos w dyskusji nad bieżącym życiem literackim („ofiarami” tych wierszy byli cenzorzy i krytycy), z czasem jednak zaczęła odnosić się do sytuacji politycznej, do groźby wojny, do narastającego antysemityzmu i faszyzmu. „Atmosfera dowcipnych rozmów towarzyskich już nie może wystarczyć. Trzeba zająć jakieś stanowisko wobec życia”, wspomina tę zmianę Jan Śpiewak.
          W 1936 wydała swój jedyny tomik poezji, O centaurach. Intensywnie uczestniczyła w życiu literackim  i towarzyskim, regularnie pojawiała się w uwielbianej przez Skamandrytów kawiarni „Ziemiańskiej”, a także, jak wspomina Jan Śpiewak, była stałym gościem przy stoliku Witolda Gombrowicza w kawiarni „Zodiak”. W Warszawie zetknęła się po raz pierwszy z antysemityzmem – „oglądano się za nią na ulicach. Z początku jej wyraźna semickość była tylko osobliwością, odmiennym wyglądem. Ale im bliżej wojny, to piękno stawało się <<piętnem>> – jak wspomina Maria Brandysowa – <<trochę zasypywanym i bagatelizowanym>>, dodaje Agata Araszkiewicz w znakomitej pracy pt. Wypowiadam wam moje życie. Melancholia Zuzanny Ginczanki, najpełniejszej jak dotąd próbie wytropienia zatartych śladów po Zuzannie. Zatartych na tyle, że nie znalazło się na nie miejsce w 600-stronicowej syntezie Jerzego Święcha, pt. Literatura polska w latach II wojny światowej. Prawdopodobnie okazała się w oczach znawcy zanadto obca, „podwójnie obca w tradycji literatury polskiej. Dwudziestolecie stanowi pierwszy okres w historii, gdy ukształtowało się zupełnie odrębne zjawisko literatury polsko-żydowskiej, wraz ze swymi środowiskami i czasopismami. Podobnie pierwszy raz można tu mówić o tworzącej się odrębnej kobiecej subkulturze literackiej, przebijającej się przez struktury patriarchalne”, konstatuje Maria Janion we wstępie do książki Agaty Araszkiewicz.

           Na początku wojny Zuzanna ukrywała się we Lwowie, wyszła w tym czasie za mąż za krytyka sztuki, Michała Weinziehera. Złożyła na nią donos gospodyni kamienicy, w której poetka mieszkała, niejaka Chominowa. Mimo to udało jej się uciec przed policją. Ten fakt, a także powszechne przypadki denuncjacji, stały się kanwą wypełnionego ironią i wściekłością wiersza – Non omnis moriar, jedynego znanego utworu Zuzanny z czasów wojny, jedynego, którym wkroczyła do powszechenej czytelniczej świadomości, a jednocześnie – jednego z najbardziej dramatycznych świadectw cierpienia Żydów, jakie powstały w polskiej literaturze. Non omnis moriar, wstrząsający wiersz-dokument napisany 2 lata przed śmiercią, wiersz, który poetka miała cały czas przy sobie, cudem ocalały na zmiętej kartce papieru, przeżył autorkę. Transkrypcja najdoskonalszych testamentów poetyckich w literaturze polskiej i europejskiej, fenomenalne ucieleśnienie losu Ginczanki, „i przez swój tułaczy los, i przez to że powolne  z a n i k a n i e  zawarte w poprzednich wierszach doprowadziło tutaj wreszcie do ostrego szyderczego wypowiedzenia życiu (polskości, poezji, urodzie) – życia (dalszej iluzji trwania, istnienia). I przez to, że ogłaszając śmierć poetki, paradoksalnie zapewnił jej trwałe miejsce w poezji polskiej, ale jako autorce  j e d y n e g o  wiersza-arcydzieła”, napisze Jacek Leociak w książce Tekst wobec zagłady. „<<Testament mój>> Ginczanki boli jak niezagojona rana”, doda Julian Przyboś. Niestety, to także wiersz profetyczny: Zuzanna w 1942 wraz z mężem schroniła się w Krakowie, a jesienią lub zimą 1944 aresztowało ją gestapo na skutek kolejnego donosu sąsiadów. Razem z Blumką Fradis, przyjaciółką z dzieciństwa, została rozstrzelana na dziedzińcu więzienia przy Montelupich, kilka tygodni przed wejściem do Krakowa Armii Czerwonej.

        „Od początku była sobą – zaświadcza Jan Śpiewak – poetką swojego niepokoju, swojej gwałtownej namiętności, poetką zdziwienia wobec świata i strachu wobec historii, narzucającą na strach maskę żartu, dowcipu i autoironii”. Przeszła drogę od fascynacji poezją Tuwima, Wierzyńskiego, Leśmiana, od poezji zmysłowej, afirmującej życie, niejednokrotnie brutalnie odwołującej się do kobiecej biologii i fizjologii, wyrosłej z buntu przeciw mieszczańskiemu wychowaniu („całe pokolenie niewyżytych kobiet wykrzyczało się w tych wierszach” – Śpiewak), od wierszy bogatych w odwołania do tradycji i kultury, do zwrotu ku mitologii dalekowschodniej (cykl Chińskie bajki o La-licie), starogermańskiej (wiersz Zygfryd), toposów kultury śródziemnomorskiej (np. Centaury) oraz żydowskiej, przez utwory „dialogowe”, liryczne konfrontacje myśli i idei, pełne dylematów i pesymizmu – aż po wiersze katastroficzne, po poetycką pewność, że zagłada jest nieunikniona. Gdzieś pomiędzy oczekiwaniem końca świata, a osobistą tragedią i strachem, rodzi się jeden z najpiękniejszych wierszy, Żar-Ptak, oparty na symbolice baśni rosyjskiej: ognisty pół-ptak, pół-kobieta uosabia ocalenie i odrodzenie (blisko zresztą Żar-Ptakowi do mitycznego Feniksa), a zarazem wieszczy katastrofę. Emblematem osobowości i poezji Zuzanny jest dwoistość, która przejawia się na wielu poziomach, a którą dobrze obrazuje jedna z najważniejszych jej alegorii – Centaury; jak wyrazi się poetka: „namiętność i mądrość w pasie zrośnięte”. Tej organicznej niemal ambiwalencji towarzyszy nieustanna melancholia, a na jej rewersie - ironia.
       Umarła, mając 27 lat. Pół wieku później Izolda Kiec, próbując przywrócić Zuzannę czytelnikowi, napisze: „Pozostawiła po sobie niewiele: jeden tomik poezji, trochę wierszy w czasopismach i rękopisach, trochę fotografii... I kilku przyjaciół, którzy nie mogli jej pomóc”. Zostało jednak coś jeszcze, coś ciemnego, bolesnego i nieprzejrzystego, co w końcu podświetliły słowa Kazimierza Brandysa: „To jedno z moich świętych widm, które mnie nawiedzają”.

 Zbiory poezji Zuzanny Ginczanki:

  • O centaurach, Warszawa 1936.
  • Wiersze wybrane, wybór, wstęp i opracowanie: Jan Śpiewak, Warszawa 1953.
  • Udźwignąć własne szczęście, wybór, wstęp i opracowanie: Izolda Kiec, Poznań 1991.

Bibliografia:

  • M. Głowiński, O liryce i satyrze Zuzanny Ginczanki, „Twórczość” nr 8/1955.
  • J. Śpiewak, Zuzanna, gawęda tragiczna, [w:] tegoż, Przyjaźnie i animozje, Warszawa 1959.
  • I. Kiec, Ginczanka. Życie i twórczość, Poznań 1994.
  • A. Araszkiewicz, Wypowiadam wam moje życie. Melancholia Zuzanny Ginczanki, Warszawa 2001
  • A. Waśkiewicz, Ginczanka, Twórczość” nr 7/8/1992.

Wiersze dedykowane Zuzannie Ginczance:

  • Stanisław Marczak-Oborski, Warszawa kwietniem 1943 roku, [w:] tegoż, Poszukiwania i anegdoty, Warszawa 1949.
  • Czesław Janczarski, Miasto dzieciństwa, [w:] tegoż, Wiersze z natury, Warszawa 1966.
  • Rey Sydor, Smak słowa i śmierci, „Wiadomości”, Londyn nr 6/1967.
  • Dorota Chróścielewska, Zuzanna Ginczanka, [w:] tejże, Portret dziewczyny z różą, Łódź 1972.
  • Henryk Grynberg, Retoryczne pytanie, [w:] tegoż, Wiersze z Ameryki, Londyn 1980.
  • Józef Łobodowski, Pamięci Sulamity, Toronto 1987.
  • Anna Kamieńska, Zuzanna, [w:] tejże, Milczenia i psalmy najmniejsze, Kraków 1988.

    Maciej Woźniak, Zuzanna Ginczanka, list z tamtej strony światła, [w:] tegoż, Obie strony światła, Kraków 2003.



Na piszących donosy
Zuzanna Ginczanka

Poeta Wszechświatek, co chodzi do Sima
na wszystkich poetów prócz siebie się zżyma:
„W mieszczańskiej Ziemiańskiej, częstując się kawą,
chcą braki talentu zamydlić > -
dziś w Polsce - dodaje z uśmiechem goryczy
> poetów na palcu się liczy”
Poeta Pijanusz, kolega poety,
przyznaje mu rację i wzdycha „Niestety!”
a potem koledze wylicza jak z płatka
Pijanusz na palcu poetę Wszechświatka
i mówi: „No proszę, wymieńcież kolego
choć jeszcze jednego, zdolnego, młodego!”
i wtedy Wszechświatek okropnie się wzrusza,
lecz nie chce wymienić poety Pjanusza -
a na to Pijanusz nabawia się spleenu
i jedzie sleepingiem na spleen do Londynu.
                  W angielskim sleepingu angielski tnie spleen go,
                  z angielką dżin pije w angielskim smokingu
                  i flegma angielska, angielska choroba
                  z angielską go flegmą popycha do groba.
                  Niewiasta angielka, gardłując z angielska -
                  jest nazbyt angielska i nazbyt anielska -
                  i żal mu ojczysty do serca się wcisnął,
                  więc wraca do Sima podyszeć ojczyzną.
Zaś w Simie od razu do niego się zbliża
poeta Wszechświatek, co wrócił z Paryża.
„Czy wiecie kolego - nowiną zaszczyca -
że umarł > > Przeczyca?
Na szczęście nie czyta i nie wie ulica
Że umarł Przeczyca i istniał Przeczyca”
Poeta Pijanusz zupełnie się zgadza
i myśl zasłyszaną z precyzją wygładza
„Choć liczny i wielki jest tłum wierszokletów,
na palcu potrafię policzyć poetów -
i z małym wyjątkiem, to znana to sprawa,
niczyim udziałem nie stanie się sława,
z wyjątkiem - ” i tutaj wylicza jak z płatka
Pijanusz na palcu poetę Wszechświatka
i mówi „No proszę, wymieńcież kolego
choć jeszcze jednego, sławnego, młodego”.
I wtedy Wszechświatek okropnie się wzrusza,
lecz nie chce wymienić poety Pijanusza,
a na to Pijanusz nabawia się spleenu
i jedzie sleepingiem na spleen do Londynu -
                  I jedzie i wraca i jedzie i wraca,
                  zaś wszechświat z Wszechswiatkiem się w kółko obraca,
                  z poetą Wszechświatkiem, co chodzi do Sima
                  i pisze donosy na pana Tuwima.


Szpilki” 1936 nr 43, str. 5
wiersz z komentarzem redakcyjnym:
Patrz w poprzednim numerze Ś. Karpiński, Donos”.



Poeci tłumnie po kawiarniach zgromadzeni
wyrażają swoje zdanie o pewnym tomie wierszy

autorzy:

Zuzanna Ginczanka oraz Władysław Broniewski, Marian Hemar, 
Paweł Hertz, Tadeusz Hollender, Andrzej Nowicki, Antoni Słonimski i Julian Tuwim

Po pierwsze
złe wiersze

Po drugie 
za długie

Po trzecie
Po czwarte
nic nie warte
hańba takiemu poecie

Po piąte
pachną Fołksfrontem

Po szóste
puste

Po siódme
nudne

Po ósme
rozpustne

Po dziewiąte
czytaliśmy piąte przez dziesiąte


Po dziesiąte
vide- dziewiąte

Po jedenaste
pisane przez pederastę

Po dwunaste do dziewiętnastego
nie czytaliśmy nigdy nic gorszego

Po dwudzieste
trącał wiersze pies te.


Szpilki” 1937 nr 7 s. 5

Ballada o krytykach poezje wertujących

Przyszedł krytyk i rzekł: „Podejrzane -
za tym rymem, proszę panów, za tym rymem
coś wyraźnie zalatuje Leśmianem,
a ponadto, powiedziałbym, Tuwimem”.

Przyszedł drugi i trzeci, i czwarty,
i zaczęli węszyć nosem i wyliczać -
z awangardy, proszę panów, z awangardy
w pierwszym rzędzie wymienili Czechowicza.

Wytoczywszy wszystkie swoje na to racje,
noc śródmiejską przy kieliszku poszli zbadać -
takie właśnie, a nie inne dekoracje
przewiduje o północy ta ballada.

Siedli w knajpie, gdzieś pod oknem i księżycem,
i po każdym wypalonym papierosie
podejrzliwie wyglądali na ulicę
i węszyli księżycowe pismo nosem.

A że była właśnie wiosna, z chytrą miną
nagle stwierdza imć pan Kalikst Kolasiński,
że ta wiosna, proszę panów, i to wino
najwyraźniej zalatuje mu Wierzyńskim.

Na to stwierdził imć pan Filip Filipowski,
że te gwiazdki i ten księżyc tam na boku
są pod wpływem niewątpliwie Pawlikowskiej,
co od dawna należało mieć na oku.

Słysząc wszystkie te i inne rewelacje,
gniewny diabeł wysiadł z trzaskiem z swej karocy
- takie właśnie, a nie inne dekoracje
przewiduje ta ballada o północy. -

i dosypał do kieliszków szczyptę cjanu,
jadowicie mędrkującą brać ugościł -
nic dziwnego w tym nie widzę, proszę panów,
są granice nawet diablej cierpliwości.

I męczyli się krytycy ciemną nocą,
a męczyli się z powyższych oto przyczyn:
nie wiedzieli, co ze śmiercią swoją począć
i do rzędu jakich śmierci ją zaliczyć -

aż pomarli, odetchnąwszy nieco raźniej,
gdy nad rankiem ktoś bystrzejszy z nich wyszeptał:
„Nasza śmierć jest zerżnięta naj-wy-raź-niej
z motywów
Bertolda
Brechta”.

Zuzanna Ginczanka, 1936

[w:] Udźwignąć własne szczęście, 1991.

_________________________________________

Non omnis moriar


Non omnis moriar - moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Twoje, niech twoim służą, bo po cóż by obcym,
Bliscy moi - nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak się będzie palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.

[w:] Wiersze wybrane, wybór, wstęp i opracowanie: Jan Śpiewak, Warszawa 1953.


Ginczanka oczami innych:

„Zuzanna po matce odziedziczyła cięty i zaskakujący dowcip. Niebawem się o tym przekonałem. Miała też wrodzoną zdolność obserwacji. Podziwiałem jej umiejętność utrzymania dystansu w stosunku do otoczenia. Była to konieczna samoobrona, odcinała się tym od stylu bycia innych kobiet. Patrzyła zresztą na swoich najbliższych z lekką ironią”.

Por. 
        J. Śpiewak, Zuzanna, gawęda tragiczna, [w:] tegoż, Przyjaźnie i animozje, Warszawa 1959. 

Zuzia jest inteligentna, dowcipna, oczytana i zna całą twórczość Tuwima, Lechonia i Wierzyńskiego. Ilekroć na nią patrzę, niemal zawsze myślę, że Wyspiański oczami wyobraźni widział w niej ideał Racheli dla swego <<Wesela>>, mimo że było to sporo lat zanim Ginczanka się urodziła”.

Por. 
       T. Wittlin, Ostatnia cyganeria, Warszawa 1989, s. 241. 


"Bardzo szybko stała się znana i popularna w całej literacko-artystycznej Warszawie. Miała ogromne powodzenie. Nic dziwnego. Wspaniały tors, biodra godne dłuta starogreckiego rzeźbiarza, świetne nogi. Do tego przedziwne oczy, mieniące się, jak morska woda na słońcu, sensualny wykrój ust, ciężki węzeł kruczych włosów na karku. Nie mogła się nie podobać."
  
Por. 
       J. Łobodowski, Pamięci Sulamity, Toronto, 1987  89, s. 241.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...