STEFAN OTWINOWSKI (1910-1976)

Całe dorosłe życie spędził w Krakowie, całe dorosłe życie związał z krakowskim życiem literackim w sensie dosłownym i „Życiem Literackim”, które współtworzył i współredagował. Kochał stare, maleńkie apteki, prowincjonalne miasteczka i często mawiał: „U nas, w Kaliszu”, choć to „u nas” trwało zaledwie pięć lat.

JÓZEF BUJNOWSKI (1910-2001)

Miał 22 lata, gdy w założonej przez siebie „Smudze”, periodyku studenckim Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie debiutował artykułem o tytule „Problem motywu”. Doktorat Józef Bujnowski uzyskał w pamiętnym roku 1956. Praca napisana pod kierunkiem profesorów Manfreda Kridla i Zygmunta Lubicz Zaleskiego dotyczyła kompozycji utworów dramatycznych Stanisława Wyspiańskiego.

ŁUCJA PINCZEWSKA-GLIKSMAN (1913-2002)

Łucja Gliksman nosi w sobie całą nowoczesną tradycję wiersza polskiego, od Mickiewicza i Ujejskiego poczynając, na Kasprowiczu zaś i szczególnie ulubionym Tuwimie kończąc. Jej utwory są precyzyjnie przemyślane i sugestywnie zrobione (...)

BEATA OBERTYŃSKA (1898-1980)

Kameleon? Lwowskie dzieciństwo i młodość przetykane rodzinnymi wyjazdami Maryli i Wacława Wolskich do Portugalii, Włoch i Francji. Jak podaje biograf, „w 1933 roku zdała egzamin w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i do 1937 występowała w Teatrach Miejskich we Lwowie”.

SEZON PIERWSZY: PODSUMOWANIE

Pierwszy sezon zostanie zapamiętany jako wyjątkowy jeszcze z jednego powodu: przyniósł ze sobą wyjątkowe wydania dzieł dwóch autorek ocalające ich spuściznę twórczą. Pierwszym z nich były „Listy do Seweryna” Wandy Karczewskiej, drugim – „Drzwi otwarte na nicość” Melanii Fogelbaum.

ANDRZEJ KRZYSZTOF WAŚKIEWICZ (1941-2012)

Można powiedzieć, że w trzech dekadach (1960-1980) AKW, przy współudziale Jerzego Leszina-Koperskiego, okazał się jednym z najbardziej efektywnych animatorów, kronikarzy i interpretatorów kultury studenckiej oraz młodej polskiej poezji – w jej kolejnych, wstępujących rocznikach. Był Henrykiem Berezą nowej liryki.

WINCENTY RÓŻAŃSKI (1938-2009)

Różański - poeta prowincji jak Mickiewicz, Miłosz, mówiący, wprost, ale nie na tyle, aby czytelnik wychodził z jego wierszy z niczym, przeciwnie, mimo klarownego języka jest w tej poezji podskórna tkanka wymagająca odrębnej interpretacji, wysiłku erudyty, znawcy artyzmu znajomości ukrytego pędzla, którym posługuje się poeta.

RYSZARD BRUNO-MILCZEWSKI (1940-1979)

Przypadek Ryszarda Milczewskiego-Bruna nie byłby tak wyrazisty i przejmujący, gdyby nie jego osobny talent językowy. On myślał i czuł językiem osobnym, umiał dla swojej ekspresji znaleźć nowy wyraz, intuicyjnie odnaleziony w potarganej strukturze języka, którą my ulizujemy w naszym ulizanym życiu.

KAZIMIERZ FURMAN (1949-2009)

Ostatni tom "Brzemię" stanowi szczere podsumowanie życia poety. „To gorzka książka – wyznaje w końcu Furman – leżała w szufladzie trzy lata. Grzebałem co jakiś czas w niej, dodawałem, aż wydałem. To wybór z kilkudziesięciu lat. Jest tam jakiś rachunek sumienia, jest wadzenie się z Bogiem (Słowacki mnie podpuścił).

WANDA KARCZEWSKA (1913-1995)

Trudno sprecyzować, w którym momencie uznano pisarkę za „plebejskiego astrologa” – jak Stanisława Swena Czachorowskiego określił niegdyś Jan Marx – sytuując jej dzieła w grupie utworów sprowincjonalizowanych, hermetycznych i kobiecych.

STANISŁAW SWEN CZACHOROWSKI (1920-1994)

Nie mam własnego mitu – zdradzał Czachorowski i niemal natychmiast tłumaczył – samokrytyka: jest współczynnikiem talentu. Wartość jej występuje proporcjonalnie do wartości innych składników – inteligencji, wynalazczości, wrażliwości, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi.

ANDRZEJ BABIŃSKI (1938-1984)

Poeta tragicznego ładu, utalentowany, stłamszony przez własną niedoskonałość, gotujący się na śmierć, zmierzający ku niej świadomie. Tu i ówdzie czytam podobne wywody, zasłyszane, przeinaczane, deformowane na pożytek mitu, sensacji i poczytności periodyku, portalu internetowego. Mit Babińskiego oscyluje pomiędzy prawdą i nieprawdą.

JANUSZ ŻERNICKI (1931-2001)

„Rozpoczynałem jako belfer na warmińskiej wiosce” – wyjaśnia Marxowi poeta i dołącza – „Byłem też rybakiem, aż do połamania ręki”. I niech to wystarczy za prowizoryczne usprawiedliwienie: „Urodziłem się w miasteczku Ciechocinek na Kujawach. Wielokrotnie próbowałem stąd uciekać.

MELANIA FOGELBAUM (1911-1944)

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że straciliśmy poetkę o ogromnym talencie, oryginalną i wciąż wartą upowszechnienia. Jedną z tych nielicznych w owych czasach, która przynależąc do swojej diaspory, pisała swoje wiersze po polsku.

ZUZANNA GINCZANKA (1917-1944)

Czy rosną jakieś kwiaty na bezimiennym grobie Zuzanny, rozstrzelanej tylko dlatego, że należała do rasy hebrajskiej? Nie uczyniono dla niej, dla jej młodości, urody i poezji żadnego wyjątku. Niekiedy zastanawiam się, o czym mógł myśleć, jeżeli w ogóle myśleć był w stanie, ów germański knecht, gdy wpakował kilka kul z rozpylacza w piękne ciało Zuzanny?

ZYGMUNT JAN RUMEL (1915-1943)

Wstawał bardzo wcześnie, o piątej rano. Były to jedyne godziny przeznaczone na pisanie – oczywiście jeżeli mógł pozostać w domu”. W styczniu 1943 roku Rumel został obwołany Komendantem Okręgu VIII (Wołyń), w którym miał organizować emisariat z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA) i partyzanckie oddziały samoobrony.

STEFAN NAPIERSKI (1899-1940)

W środowisku literackim znany był jako Marek Eiger. Rozstrzelano go w Palmirach – Seweryn Pollak i Jerzy Andrzejewski zaświadczali niemal jednym głosem: krzyczał w „budzie” dojeżdżającej na miejsce egzekucji. „Nie mogę go sobie wyobrazić w więzieniu na Pawiaku”, dodawał ten pierwszy.

ARNOLD SŁUCKI (1920-1972)

„Wydawał się trochę szaleńcem – przyznawał z zażenowaniem Bocheński – w środowisku literackim przezwano go niemal od razu prorokiem. Był samą żarliwością i chodzącym natchnieniem. Choć zapalczywy i nieprzejednany, nie był jednak w tamtych groźnych czasach niebezpieczny, a przecież mógł być”

piątek, 30 listopada 2012

Ryszard Bruno-Milczewski (1940-1979)

Portret R. Bruno-Milczewskiego
Andrzej Olczyk

LESZEK ŻULIŃSKI


            Nazywał się Mielczewski... Przydomek „Bruno” oraz „modyfikację” nazwiska wymyślił sobie prawdopodobnie dla „efektu artystycznego”. Żył tylko 39 lat, za to w sposób szalony i zwariowany. Jeszcze jeden z tych, których tradycja i etos ciągną się od czasów Villona i Rimbauda – artyści wyklęci, poètes maudits, wagabundy, straceńcy, kaskaderzy literatury, powsinogi, adoratorzy wiatru, drogi i chlebaka... Ta „droga” zresztą stała się na przełomie lat 60. i 70. swoistym modus vivendi; etosem. Przyszła chyba od czasów La Strady Felliniego, a potem z „nurtem drogi” kina amerykańskiego, z takimi filmami, jak np. Easy Rider Dennisa Hoppera czy Strach na wróble Jerry’ego Schatzberga choć w konotacjach literackich może warto sobie jeszcze przypomnieć zamierzchłą tradycję „powieści gościńca”? Ona, ta droga, dawała szansę tym, którzy nie mieścili się w porządku „uładzonego społeczeństwa” i buntowali się przeciw wszystkiemu, co mogłoby ich usadzić w karbach „zbiorowej dyscypliny”. Outsiderzy i „niebieskie ptaki”. Bruno szczególnie dobrał się „do pary” z Edwardem Stachurą. Sted posiadał większą „kindersztubę”, ale też wiercił się w swoich czasach jak łobuziak w szkolnej ławce. I jedno jest pewne: nam, czytelnikom „w białych kołnierzykach”, to się podobało. To oni byli „za nas” wolni, to oni śnili nasz sen o drodze i wietrze we włosach... Easy riderzy! Byle jakie mieli życie, ale piękne! Zazdrościliśmy im. Obdarzeni zostali przez Boga niewątpliwym talentem, mieli swój język i byli cool, wbrew wszelkim zastanym tworzydłom sztuki. Tacy przez literaturę nie przemykają niezauważeni! Kids of freedom!

            Ryszard Milczewski-Bruno urodził się w Grudziądzu i z tym miastem był do końca związany. Debiutował w 1958 roku na łamach pisma „Orka”, pierwszy tomik pt. Brzegiem słońca wydał w roku 1967. Kolejne jego książki poetyckie to: Poboki (1971; nagroda miesięcznika „Poezja”), Podwójna należność (1972; Nagroda im. Stanisława Piętaka), Dopokąd (1974) i Jesteś dla mnie taka umarła (1974). W 1978 roku wyszedł wybór jego wierszy pt. Nie ma zegarów, a w pięć lat po śmierci Bruna jego jedyna powieść pt. Jak już, to już. To cała spuścizna po poecie, nie licząc epistolografii i publikacji prasowych.

            Miał swoich wyznawców i entuzjastów – z powodów, o których wyżej wspomniałem. I zasadniczy bonus talentu: na tle dominującej wówczas formacji, Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, wyróżniał się językiem nieujętym w karby zastanej „literackości” i światoobrazem na tyle zwichrzonym i nieulizanym, że trudno było takiego poety nie zauważyć. Wszystko, co było „salonem”, go nie dotyczyło. Zarabiał na życie jako ogrodnik, instruktor sportowy, mleczarz, pracownik kulturalno-oświatowy, instruktor nasiennictwa, także przysposobienia rolniczego oraz jako klasyfikator żywca. Znał prowincję na wskroś, był przesiąknięty jej plebejskością i trywialnością, bo też walor estetyczny niekoniecznie atakował jego wyobraźnię. 

            Jan Marx w znanym dziele pt. Legendarni i tragiczni (2002) poświęcił Milczewskiemu aż 30-stronicowy szkic analizujący te wszystkie okoliczności, jakie „stały za” wierszami Bruna. Za najistotniejsze uznaje plebejskość i alkoholizm. Ta pierwsza był darem natury i biografii, ten drugi – świadomym wyborem i haszyszem. Tak, mówiąc przesadnie, Bruno nie trzeźwiał (co zresztą w tamtych czasach nie było czymś nadzwyczajnym).

            Marx pisał o Milczewskim: Był smakoszem Polski powiatowej, jej bystrym obserwatorem i kronikarzem jej osobliwości, znał ją z autopsji i był w niej świetnie zadomowiony. Lubił tę zawianą, śmierdzącą wódką prowincję w kufajkach i gumiakach przelewającą się po bazarach, targowiskach, punktach skupu, pijackich melinach, kłębiącą się na dworcach kolejowych i autobusowych. Jednak każda zmiana pejzażu będzie kolejną i daremną zmianą dekoracji, w których grać będziemy wciąż ten sam dramat niemożności porozumienia się z osobami nawet najbliższymi [...]. Z owej niemożności przekroczenia zamkniętego kręgu obcości Bruno zapewne doskonale zdawał sobie sprawę i uciekał w wódkę i w Polskę. Może instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, że właśnie w podróży samotność wśród ludzi będzie łatwiejsza do obłaskawienia. Wprawdzie ten sposób także zawodził, ale dzięki neurastenicznemu włóczęgostwu Bruno już za życia kreował legendę, która od momentu tragicznej, choć przypadkowej, śmierci zaczęła obrastać mitami... Konkluzja krytyka jest taka: Bruno to przypadek fatalistycznej osobowości neurastenika pozującego na twardziela.

            Jan Marx domniema, że Milczewski tego „Bruna” wziął od Jasieńskiego. Zapewne tak, oczywistą bowiem sprawą jest zapatrzenie poety w międzywojennych futurystów i dadaistów. Jego język wziął się z tej samej niezgody na „literackie uładzenie”, zmierzał w stronę mowy potocznej i „nieuczesanej”, przeglądał się we własnych, paradoksalnych często strukturach, o czym np. świadczy umiłowanie przez Bruna onomatopei, smykałka do zabaw nie tylko sensami, ale i brzmieniami, i wszelkimi innymi strukturami, jakie wyłapać możemy wyłącznie w mowie potocznej. Ale też w takim języku odbijał się cały świat Bruna – sowizdrzała i powsinogi.

            Sęk w tym, że prowincja Bruna nie była sielanką ni arkadią. Raczej turpistyczną i naturalistyczną przestrzenią tzw. Polski B. W konfrontacji z ambicjami literackimi rodziło to frustrację – Bruno z gruntu rzeczy nie będąc „salonowcem”, miał chyba jednak „kompleks salonu”, kompleks plebejusza. Bruno bywał chamski, impertynencki, wyzywający, prowokował gwałtowne reakcje i burzliwe dyskusje na spotkaniach autorskich [...]. Jego z pozoru nieposkromiona i rogata dusza była w gruncie rzeczy duszą neurastenika lgnącego do ludzi – diagnozuje Marx, z czym się zgadzam. Myślę, że największe podobieństwo typologiczne postaw, wyborów, ucieczek, demonstracji i frustracji znajdziemy u Jana Rybowicza.

            Jako czytelnik jestem bardziej admiratorem modelu poeta doctus niż natus. Ta druga opcja posiada jeden miraż zwodniczy, a mianowicie tworzy legendę, która przewartościowuje rzeczywisty walor intelektualny i aksjologiczny tzw. świata przedstawianego. Kochamy tych wagabundów za ich odwrócenie się od świata szablonowego i uporządkowanego, który przecież daje się nam we znaki. Ale też przeceniamy naturszczyków, którzy tak naprawdę nie tyle wypowiadali światu wojnę niesubordynacji, co byli sami przez siebie skazani na jego „cudne manowce”. Nie umieli inaczej choć wolę Herberta, Miłosza czy Różewicza, którzy umieli. Dlatego nie jestem za przecenianiem Bruna, Stachury, Ratonia, Rybowicza, Wojaczka i wszystkich innych „kaskaderów literatury”. Ale też ta alternatywa istnienia w życiu i kulturze wynika z determinacji naturalnych, a nie konceptualnych. Jest prawdziwa.

            Tą prawdą można i zapewne trzeba się przejąć. Bruno był „produktem” swojego czasu w wymiarze socjokulturowym. Jego życie było uzależnione od przypisanej mu rzeczywistości, jego skazanie na tę rzeczywistość odbiło się pięknym buntem – bo poezją! W wymiarze egzystencjalnym była to walka ambicji z niemożnościami, rodząca alienacje i frustrację, rodząca taki a nie inny los, który poeta wysławiał. Niespełnienie parowało tu wszystkimi porami, nawet w licznych erotykach Bruno wyrażał bardziej wyobcowanie, nie szczęście.

            Topos drogi i cygańskiego żywota jest w gruncie rzeczy toposem poszukiwania niezależności argonauty, który w głębi duszy uwierzył, że w końcu poczuje w palcach grudkę złota, nie gliny. Widzę to jako swoisty dramat i chyba dlatego wszyscy Brunowi współczujemy, z empatią patrzymy na jego szamotaninę. I powtarzam: to on za nas wagabunduje. Bo nas na to nie stać!

            Przypadek Ryszarda Milczewskiego-Bruna nie byłby tak wyrazisty i przejmujący, gdyby nie jego osobny talent językowy. On myślał i czuł językiem osobnym, umiał dla swojej ekspresji znaleźć nowy wyraz, intuicyjnie odnaleziony w potarganej strukturze języka, którą my ulizujemy w naszym ulizanym życiu. I to jest moja odpowiedź godna Profesora Pimko: za to kochamy Bruna!

***

            Na koniec wspomnienie „naocznego świadka”: byłem przy śmierci Ryszarda Milczewskiego-Bruna. Znaleźliśmy się, poeci z całej Polski, na Toruńskim Maju Poetyckim. Były referaty (gdy ja czytałem swój, Bruno siedział gdzieś z boku sali znudzony i pociągający piwo z butelki), dyskusje, czytanie wierszy, wieczorem koncert Przemysława Gintrowskiego i – rzecz jasna – nocne pogaduchy w pokojach toruńskiego miasteczka akademickiego, mocno zakrapiane. W końcu w dwa autokary wszyscy wyjechaliśmy do odległej o kilkadziesiąt kilometrów Nowej Wsi Szlacheckiej na dalszy ciąg imprezy w plenerze. Była wyjątkowo piękna, słoneczna pogoda. Wyjątkowo ciepły maj. Po przybyciu na miejsce polecieliśmy nad pobliskie jezioro. Kilku chłopaków natychmiast wskoczyło do wody. Między nimi – Bruno. W końcu powyłazili na brzeg, a Bruna nie ma i nie ma. Dotarło do nas, że został pod wodą. Nikt nawet nie widział i nie wiedział, jak i kiedy. Powiadomiliśmy miejscowe służby, zaczęły się podwodne poszukiwania, które długo trwały. I zakończyły się okropnie: ciało nieżyjącego Bruna położono na trawie... Był to dzień 17 maja 1979.


Kilka krykuch po Wenę


Alenie Dostalovej i Longinowi Wdowiakowi


1
Gdzie jesteś Weno – terenowa – na przyboś ta
O co bo kruszyć chleb – „Polska” –
Wielka to rzecz!” – śle poeta niejeden
I robi same – plusk? – samobójstwa – –

2
A miasto Gniew – wita kwiatami
Kurzu kupą na zakręcie – żegna
Nicponia – bocianów to kraj
I chudźców i krykuch od Wisły – –

3
Ogniem otwartymś – wodąś nie –
Zdatną do picia – co stacja to miesiąc
Gdy krwi cioteczna dulka przyjeżdża pospiesznym…
To stąd i u nas pogrzeb do sąsiadki – –

4
Wyszła Głowa od żalu na zabłocone pola
Zmówiła się koza naobok różańcem
Rogal obfitości niesie zmordowane babisko
A Kołomyjski mówi – po(d)Gląd że gwizdów…

5
Malinowy świt – kawek śliniaki
Fletnowa dialekt po leniwy aż Nogat
Ociepka przyrody – z Walerią w której czerwiec
A w oku pająk – na całe białośliwie – –

6
Piechotą liczą namiotów ognie
Napiwocki kowal roznosi gospodę
Woła: nie kąp się – ja cię orać będę –
Cesiu – chociażeś i w gruszach robaczywa – –

7
Pies gdy harmonią – sukinkot płacze
Prostojanek w zból złożył rąk razy obiedwie
Stertę pomysłów od ucha ma równiny
Nawlekając wódkę – światu chce doskoczyć…

8
Krzyż kto zbija – ała ma w siekierze
Zaklepać się samemu w niebieskiego trupa
Wdać się w grób – w ciągu jednej i hien Ireny
I żyć przez całe życie! – w polskim…

9
Bo kiedykolwiek – gdy nie wrócisz
To będziesz?! – –

Poeci z Kądsiś

Znani są z Tęczy… o, czcigodne –
W padalcu – jej zmartwychwstania – –
Pchlara oblicz im litry… z liter
Ischias ich żre – zębów zgryz niedomówiony – –
: Wielka gra – zawilec – martwa natura
Z obojczykiem – bywałym samcem – –
Ręcznik, smalec – panierowane twarze – –
Czasami: manikiurzysta w pepitce
Czasami: paulin w parzelni sofizmatu – –
Z patrami na poematu płaskowyż – jak lufami…
Z podogoniem płochym jak piegża
Lary ich i penaty – koński – przeważnie – to ufnal…
Podostry wszelkiego batog czytelników
Plwocin urna, paprochów swąd – –
Pokrętny ich los i wulgarny:
Kamieniami szczą, gówno mają
Coraz bledsze – –

Co zimę ucieka w nich nekrologu piżmowół
W ślizgach bo – trudni są


Nie ma zegarów (1978) / Gwizdy w obecność (1982)


DO IRENY POLAKOWSKIEJ:

Lipno, 15 I 1963

Ireczko Najdroższa!

Jeżeli lichaś, to już nie ubogaś. Lub odwrotnie. I nie zgrzytaj zębami. Ja Ci tylko radziłem. Choć sam wiem, że trzeba czytać i chałturę, by spostrzec prawdziwej poezji wielkość. Wcale nie biję się za to w pierś. Zadowolony jestem, że czytasz Faulknera. A Flis ma niezłe wiersze. Zwłaszcza ich lekkość w przyswajaniu jest zyskowna. A jeżeli czytałaś „raptownie”, to za szybko wydałaś osąd. Wiersze trzeba co jakiś czas powtarzać szeptem, by wydobyć wreszcie z nich to, co w nas ma zostać. Jeżeli coś zostanie, to dobrze. Jeżeli nie – źle. Bo… Zresztą wiesz, o co mi chodzi. Założeniem liryka jest wzruszać. Jeżeli wiersz wzruszył, to jednak coś w nim jest. Cofnęłaś raptownie swój stosunek do „łamania psalmów”, gdy powiedziałem, że: słabe. Za szybko to uczyniłaś. Przecież Twoja „niezmanierowana wrażliwość” jest na pewno inna niż moja. Inaczej oboje przyjmujemy pewne – a raczej wszystkie – rzeczy. Mogą być podobieństwa, ba, te same stosunki do poruszonych spraw, ale to mało kiedy. Zatem, Irenko, ufaj swojej osobowości i wraż-
Są książki wielkich pisarzy. Okrzyczane. A jednak nie lubię ich. Nie leżą mi. Za mało do mnie przemawiają. Albo droga ich przekazywania pewnych spraw jest dla mnie nieodpowiednia. Wtedy rzucam czytanie. Dodać muszę – rzucałem. Ale żeby poznać, trzeba nie rzucać. Wytrwać do końca. Przecież wielkich pisarzy wynosiły na Parnas wielkie dzieła…
Nie będę się rozwodził. Jestem wściekły. Nie mogę nic robić. Nawet czegoś do przepisania nie chce mi się uskutecznić. Za wielki wokół mnie szum. A jeszcze dzisiaj – kolęda. Wczoraj ze złości poszedłem do kina. „Próbna jazda”. Węgierski film psychologiczny. Niezły. O rozwodzie i „co zrobić z dzieckiem”. Czuję, że Chandra ma zamiar mnie odwiedzić. Boję się jej. Zawsze patrzę w Twoją stronę. Wygrywam. Ale ten szczur mój wnętrze dalej żłobi. Trzymam się. I Twoja w tym tylko zasługa. Zresztą, po co się powtarzam. Pisze się – „zagmatwać”. Tylko nie łam się. A teraz to bym mordę „zadźgał” i w to mi graj.
Całuję mocno i o grzmot rąk Twoich proszę –
Twój Ryszard

Łamanie psalmów – debiutancki tomik wierszy Zygmunta Flisa, Gdańsk 1962.


SIT VENIA VERBO


Każdy poeta – tak pomyśleć by trzeba – otarł się w jakiś (jemu tylko wiadomy?) sposób o tzw. Antyk. Sięganie do tradycji antycznej, aby ruszyć co-nie-co w swojej twórczości, jest już czymś… Ba, czym? Jak się uwidacznia? Jaką rolę odgrywa? Świadome to nawracanie do owego antiquus? – Twórcze czy wreszcie? – czyli coraz bliższe, jak wnioskuje Zbigniew Bieńkowski, konkretowi (Konkret, poezja i niepoezja, „Kultura” z dn. 25 V 1973 dot. „małego Horacego”, A. Ważyka)? Że „poezja współczesna ma coraz większą nostalgię za konkretnością”, sporo w tym racji. Choć, jak słusznie Bieńkowski zauważa: „źródło poetyckiej realności jest głębokie i wiele ma den”. Nie chcę się rozwodzić (w przenośni i w tzw. realności), ale cytując dalej Bieńkowskiego wtyczki na temat „realności”, nie jestem pewien założenia, z którego ma wynikać, że „dna antyku” sięgają złóż głębszych niźli „dna (dwudziestowiecznego?) dnia dzisiejszego”. (Wiem, wiem, artykuł Bieńkowskiego obraca się nie tylko wokół ód Horacego, ale także Ważyka i „dwudziestowiecznej… ospy kubistycznej”). Ale. W swojej twórczości poetyckiej nigdy nie sięgałem do kultury antycznej. Tradycja ta interesuje mnie jedynie jako zabytek. I myślę, że nigdy – dopóki pociągnę swój żywot na tym padole – nie wybije w mojej Krainie źródło ku-od-antycznej inspiracji. A już takie „zjawiska” jak mitologia czy klasycyzm są mi obce duchowo i materialnie. I czy będą one na mojej jawie, czy też w obcym śnie. Wszelkie nawracanie do wzorów literatury antycznej (mam na myśli: greckiej i rzymskiej) prowadzi w końcu do lekturowego poznawania ludzi i świata, do dennej wreszcie mitomanii, o jałowości której (można by tu dodać mocniejszych kilka określeń!) tak demaskatorsko i celnie napisał Julian Przyboś w swoich Zapiskach bez daty. Czy można pewne zjawiska antyku zaktualizować w poezji XX wieku? Na pewno tak. Są to sprawy tzw. stare jak świat… więc… itp. itd. Za dużo mam kłopotów z samym sobą. I z tym miejscem na Ziemi (i w mojej Krainie), w którym znaleźć by się powinien bohater naszych czasów, zrodzony w tej, czyli dzisiejszej, dwudziestowiecznej (jeszcze!), wieloznacznej i potarganej rzeczywistości. Obchodzi mnie dziś i tu (na trochę dalej to i nie mam nawet na bilet!). A do tego potrzeba poezji – w jej języku, charakterze czy wymowie – najwspółczesnej (w moim przypadku także polskiej!), a nie aktualnie neoneoantycznej!
Słowem, dwa słowa – suum cuique.


Wypowiedź w ankiecie miesięcznika „Poezja”, który zwrócił się do poetów z prośbą o odpowiedź na pytanie, w jaki sposób kontaktują się z antykiem.

  

Sezon

Mieczysławowi Czychowskiemu

A tutaj sezon – na krew i ślinę
Śpiewają o tym pejsaci wojaczkowie – –
Na beczkach przy krzepkim piwie
Alem nie po tu zszedł potrzaskanym duktem
Aby słuchać tego czego we mnie nadmiar
Przyniosłem z gór kilka wierszy –
Umierających na brak pogody i przestrzeni
Obwieszczenie o wściekliźnie wśród lisów
Fiński – na obie strony – nóż
Oraz parę symbolicznych drobiazgów:
Wszystko dla przyjaciół od których listy
Że na Widu tyle słychu a tu głuszec – –
Tak siedząc w plutach tego kraju
Pomiędzy godziną męską a damską
W wieńcach z liści października i szkorbucie
Gdy w Europie padaczka i śródziemne eksplozje
Co może jeszcze mnie tu spotkać
Poeta padający z ustami w NIE!
Sezon rozbijania głów
Daleka podróż z Matką Boską
Karabinów?


***

gdyby nie matka
z której wyszedłem na ulicę –
może byłbym drzewem –
z jednym niebieskim liściem
może złodziejem
który w ogrodach Semiramidy
zgubiłby strach na pierwszej jabłoni
może psem – przybłędą, który
czeka na gnat z wyciągniętym jęzorem
może diabłem, który miałby szanse
być bogiem
i do którego wszyscy ślepcy
odmawialiby litanię
o melancholii pękniętego serca
a może zwykłą kałużą księżyca
z bujną wyobraźnią
– zapałką
albo klozetem
a może jakimś robakiem
albo prostytutką
której księżyc rzuca
złotówki uśmiechu

och, matko
gdybyś ty jeszcze raz mnie urodziła
może byłbym człowiekiem!

Podwójna należność (1974)
 


Ryszard Bruno-Milczewski w oczach innych:


Dlaczego więc pisarz, który – jak pamiętamy – miał być ocalony przez autentyczność, nie potrafił się uratować? Czyżby jakie fatum? Sprawa jest bardzo trudna do rozwikłania.
Literatura miała być dla niego odkryciem prawdziwych źródeł, ujawnieniem dziedzictwa i środowiska. Bruno dokonał tego wysiłku. Ukazał i wypowiedział świat Wielkiej Peryferii, ale rezultaty owego rekonesansu miały się już znaleźć w gestii martwych i kuriozalnych instytucji naszego życia literackiego. I znów autor Nie ma zegarów lawirował między prawdą a pozorami, nie mogąc pogodzić sprzeczności między tymi obszarami. Nie znajdował rozwiązania, a ucieczka była niemożliwa. Rodziło się poczucie krzywdy i buntu. Polska Bruna nie mogła sprzymierzyć się z rzeczywistością garniturów i gabinetów. Widzieliśmy tę jego szarpaninę i nikt z nas nie umiał mu pomóc. Byliśmy jak oddalające się planety. Żegnał nas swoimi wierszami. Udawaliśmy, że nie wiemy, iż jemu już dawno nie chodzi o literaturę, lecz o życie.

Krzysztof Nowicki, Milczewska dolina

______________________


I dalej. Próbowanie na studiach: Sztuki Piękne (jako żem plastyk samouk, a egzamin zdali ci, którzy nie chodzili do pracowni) w Toruniu. Nieudane. Pierwsza (sezonowa) praca w wytwórni tytoniu: jako fermentator. Potem służba rolna: agronom w Rywałdzie (jeździło się przez Gać). Kilka dłuższych podróży po Polsce. I legitymacja studencka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Na niedługo – niestety (trudne warunki materialne – no, i te dorsze…). Wędrówka do Huty im. Lenina w Krakowie. Angaż: I ogrodnik kwiaciarz. Na dość długo. Twórcze dywagacje w Kole Młodych ZLP na Krupniczej (to był wyc…). Powrót do Grudziądza. Praca: instruktor sportowy klubu „Ruch”. Poznałem dziewczynę (dnia 12 września 1962 roku) o imionach: Irena, Dzidek, Honoratka, która została moją żoną (dzisiaj jej na imię Y.). Wyjazd (ucieczka?) do Lipna. Praca w mleczarni: instruktor poradnictwa żywieniowego (kaszanka na plasterki, stacja Ograszka, dużo listów…). Po kilku miesiącach powrót do Grudziądza. Praca w „Centrali Nasiennej”: inspektor plantacyjny. Wesele. Syn Sławomir. Trochę nerwowych felietonów. Zmiana pracy: kierownik Powiatowej Poradni Instrukcyjno-Metodycznej Pracy Kulturalno-Oświatowej. Owa kierownica – trzy lata. Trochę korespondencji (m.in. „Życie Literackie”). Wąbrzeźno – znowu „Centrala Nasienna”: inspektor plantacyjny (mój ty raju, ta trawa, ten groch, Błędowo…). Dziesięć miesięcy na WSK. I znowu Grudziądz – Kółka Rolnicze: powiatowy instruktor przysposobienia rolniczego (piękna młodzież, cielaki…). Teraz (maj 1971 rok) mieszkam w Kalinkowej (ale już z balkonem) Dulębie. Na trzecim piętrze. W Grudziądzu nad Wisłą. Mam chyba dobrze. Mam dużo słońca. Nie wiem tylko, dlaczego we mnie tak podle. Idę w Polskę – czyli zęby rwać…
  
Ryszard Bruno-Milczewski, Rodowód

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...